Prolog
W Sercu Puszczy
Biegłam, biegłam ile sił w nogach, uciekałam, lecz nie wiem przed czym, co rusz potykałam się, zdobywałam nowe rany i zadrapania na twarzy, lecz jedna była nie naruszona, blizna, którą miałam od zawsze, nie wiem jak ją zdobyłam, lecz na pewno w niebezpieczeństwie, zaczynała się prawie od góry czoła i kończyła się zaledwie z cal pod okiem, ciężko określić jej wygląd, jej wyjątkowa. Noga mi krwawiła, a moja pół elfia krew lała się, ból był niemiłosierny. Lecz nadal biegłam, ściskając moją srebrną różdżkę w ręku. Moje hebanowe włosy, wiatr powiewał, a jedno orzechowe oko było całe w łzach, drugie zaś było szare, właśnie tu, gdzie znajduję się szare oko mam bliznę, miałam delikatne rysy twarzy, i lekko spiczaste ucho, jak na pół elfkę przystało. Las się skończył, teraz byłam na błoniach, atramentowe niebo tylko przeszkadzało mi w znalezieniem się tu gdzie jestem, dobiegłam do sali, drzwi były otwarte, więc wbiegłam do środka zamku, teraz biegłam przez korytarze, jednak nic nie było słychać, jakbym była widmem, dotarłam do celu, słyszałam głos
,,Będziemy mieli nową uczennicę która będzie uczęszczała na szósty rok w Hogwarcie..."
,,Pójdzie ona pierwsza więc... Triss Ithlinne Riddle!"
Jak słyszałam podczas biegu było poruszenie na sali, nie wiadomo czemu, będę kozłem ofiarnym.
,,Triss Ithlinne Riddle! Zapraszamy!''
Biegłam jeszcze, 2 metry do celu, metr do celu, BUM! Otworzyłam drzwi do wielkiej sali podczas biegu i upadłam na kolana robiąc niezłe zamieszanie.
- J... Jestem! - Krzyknęłam słabo, zaciskałam oczy z bólu. Wstałam kulejąc, otworzyłam swoje ,,nadzwyczajne" oczy jak kto niektórzy je nazywają, wszyscy... Prawie wszyscy pisnęli z przerażenia lub z zaskoczenia, chyba nigdy nie widzieli osoby z heterochronią. Nic się nie odezwałam, podeszłam do stołka, usiadłam, i nałożyłam poniszczoną tiarę na mnie. Zaczęła szeptać tak cicho że tylko ja mogłam ją usłyszeć.
- Gdzie by tu cie przydzielić... Trudny charakter masz, moż...
- Pozwól że twoje wątpliwości znikną, po prostu przydziel mnie tam gdzie będę doskonalić, to co umiem, czyżby to nie rozsądne?
- Taak... Po raz pierwszy zastosuję się do kogoś... Więc, niech będzie.
- SLYTHERIN! - Krzyknęła Tiara, usiadłam obok chłopaka który był w moim wieku, miał długie tlenione włosy, i miał arystokrackie rysy twarzy.
- Abraxas Malfoy do usług miła panienko. - Wziął moją rękę i ją ucałował, spojrzałam mu w oczy, były trochę zimne, wyglądał jakby miał każdą kobietę w szkole.
- Jak zapewne wiesz jestem Triss Ithlinne Riddle, a to że wyglądam na sympatyczną to mogą być tylko pozory. - Odpowiedziałam mu, a wnet moje rany zniknęły, poza tą jedną wyjątkową.
- Masz krew wili? - Zapytał się.
- Nie, jestem w połowię elfką. - Zapytałam wprost.
- Czyli jesteś jakby... uhm... mieszańcem. - Wciął się do rozmowy piegowaty chłopak, w moim szarym oku pojawił się niebezpieczny błysk, a moja blizna stała się różowa, nie panowałam nad sobą, na jego policzku pojawił się napis NIE, z jego własnej krwi.
- Nie jestem nim. - Warknęłam w złości, ci czarodzieje i ich idee czystości krwi, idiotyczne. Opanowałam swoją złość i spojrzałam na chłopaka z piegami który trzymał się za policzek, miał on brązowe włosy i modre oczy.
- Nie bądź mazgaj. - Powiedziałam już bardziej spokojnym głosem, jak na moje życzenie jego rana się zagoiła a ten spojrzał na mnie zdziwiony, a później na chłopaka obok siebie. Owy chłopak miał hebanowe włosy jak ja i takiego samego koloru oczy jak moje lewe oko (Te brązowe) Gdybym miała inne rysy twarzy można by uznać nas za bliźniaków.
- Wybaczcie że się wtrącam do konwersacji... - Przerwał patrząc znacząco na Abraxasa. - Lecz, czy elfy nie są wielkości chochlika kornwalijskiego? - Spytał się.
- A można znać twe imię?
- Jestem Tom Marvolo Riddle - Zdziwiłam się, lecz musiałam skłamać.
- Och... cóż za zbieg okoliczności. - Skłamałam idealnie, lecz ten lustrował mnie wzrokiem. - Owszem, te elfy te które ministerstwo zna są małe, lecz one są mieszaniem Curupiry* z Chochlikiem Kornwalijskim, jednak jakiś czarodziej eksperymentował i dodał ludzki gen, więc to są elfy do ozdoby. A nasza prawdziwa rasa jest znacznie inna. - Nie pamiętałam tego przed chwilą, chyba pamięć mi wraca. Tom patrzył się na mnie jakby próbował wykryć kłamstwo, lub jakby próbować rozgryźć mnie. Spojrzałam mu w oczy, robiąc to samo co on, naszą ,,bitwę" przerwał Dyrektor Dippet.
- Koniec uczty! Do dormitoriów! - Krzyknął Dippet. Szłam obok Riddle'a i obok tego piegowatego chłopaka, zwą go Avery.
- Avery... wybacz mi za tamto, lecz nie lubię gdy ktoś mi wytyka a sam się nie zna, jest nawet możliwość że krew czarodziejki i elfki może być cenniejsza niż wasza. - Powiedziałam akcentując ostatnie trzy słowa. Kobieta która szła obok Abraxas'a tylko prychnęła. A ja spojrzałam na nią z pogardą, miała czarne włosy i zadziorny nos, miała twarz w kształcie gruszki i chyba ona chce być postrachem, lecz coś głupkowato wygląda w rozpuszczonych włosach, dlatego chyba przed chwilą spięła włosy w warkocz który zaczyna się od czubka głowy.
Dopiero teraz zauważyłam że Riddle jest prefektem.
,,Czysta Krew" Powiedział a wejście do dormitorium się otworzyło. Było to dosyć ciemne pomieszczenie, niezbyt przyjemne moim zdaniem, jednak zieleń i srebro, robiły mnie opanowaną i spokojną. Tom wytłumaczył pierwszoroczniakom gdzie są dormitoria. Od razu poszłam na górę po swoją książkę, pamięć mi wróciła całkowicie, lecz nie mogę spamiętać czemu byłam w Zakazanym Lesie. Odnalazłam drzwi z tabliczką ,,Rok Szósty" A za tymi drzwiami były trzy kolejne pary drzwi, z racji z tego że tylko sześć osób może być w dormitorium było trzy pary drzwi. Spojrzałam na kartki przylepione do drzwi, tam były napisane imiona dziewcząt, mi przypadło niestety być z Walburgą Black** Tą brzydką dziewczyną z twarzą o kształcie gruszki. Weszłam do dormitorium, zobaczyłam mój kufer, który stał obok łóżka które było przy wielkim oknie.
- Mam nadzieję że lubisz mieć łóżko przy oknie, my za bardzo nie przepadamy... - Powiedziała blondynka o kobaltowych oczach.
- Taak... dzięki. - Odpowiedziałam jej grzecznościowo, rozejrzałam się dokładniej po dormitorium, na łóżkach siedziały cztery dziewczyny, czyli tylko Walburgi nie było. Podeszłam do mojego kufra który był mahoniowy, miał on srebrną rączkę z moim imieniem i nazwiskiem, był przepiękny, a otwierał się tylko jak ja go dotknę i wypowiem hasło, które jest akurat po Starej Mowie*** Więc tylko ja będę w stanie go otworzyć, a jeśli ktoś wypowie hasło, i nie jest mną, wtedy porazi go delikatnie prąd, jednak siła porażenia będzie się nasilała jeśli ktoś będzie próbował nadal włamać się.
Dotknęłam delikatnie rączki kufra i wypowiedziałam ,,Gwynbleidd"**** A on wnet się otworzył, wyjęłam mą książkę, która cała była w Starszej Mowie, żaden czarodziej jej nie zna, no... chyba że ma coś z krwi elfów. Podobny w wymowie jest do Walijskiego... lecz w ogóle nikt jej nie zrozumie. Książka ta była stara, w niej jest zapisana baśń, baśń która opowiada o naszych pokoleniach, w dosyć ciekawy sposób. Wszystkie litery były złote, wyszywane nicią, jak na płótnie, a strony były czarne.
__________________
Cześć, dziękuje za przeczytanie rozdziału, zajęło mi to pełne trzy dni do napisania tego, nie wiem czy jest dobry, zresztą, sami oceńcie.
* rudowłose karły mieszkające w lasach Brazylii.
** Walburga Black była matką Syriusza, zrobiłam jej postać młodszą o rok na potrzebę opowiadania.
*** Starsza Mowa, wzięta z opowiadań o Wiedźminie autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.
**** ,,Gwynbleidd" w Starszej Mowie oznacza ,,Biały Wilk"
- Nie jestem nim. - Warknęłam w złości, ci czarodzieje i ich idee czystości krwi, idiotyczne. Opanowałam swoją złość i spojrzałam na chłopaka z piegami który trzymał się za policzek, miał on brązowe włosy i modre oczy.
- Nie bądź mazgaj. - Powiedziałam już bardziej spokojnym głosem, jak na moje życzenie jego rana się zagoiła a ten spojrzał na mnie zdziwiony, a później na chłopaka obok siebie. Owy chłopak miał hebanowe włosy jak ja i takiego samego koloru oczy jak moje lewe oko (Te brązowe) Gdybym miała inne rysy twarzy można by uznać nas za bliźniaków.
- Wybaczcie że się wtrącam do konwersacji... - Przerwał patrząc znacząco na Abraxasa. - Lecz, czy elfy nie są wielkości chochlika kornwalijskiego? - Spytał się.
- A można znać twe imię?
- Jestem Tom Marvolo Riddle - Zdziwiłam się, lecz musiałam skłamać.
- Och... cóż za zbieg okoliczności. - Skłamałam idealnie, lecz ten lustrował mnie wzrokiem. - Owszem, te elfy te które ministerstwo zna są małe, lecz one są mieszaniem Curupiry* z Chochlikiem Kornwalijskim, jednak jakiś czarodziej eksperymentował i dodał ludzki gen, więc to są elfy do ozdoby. A nasza prawdziwa rasa jest znacznie inna. - Nie pamiętałam tego przed chwilą, chyba pamięć mi wraca. Tom patrzył się na mnie jakby próbował wykryć kłamstwo, lub jakby próbować rozgryźć mnie. Spojrzałam mu w oczy, robiąc to samo co on, naszą ,,bitwę" przerwał Dyrektor Dippet.
- Koniec uczty! Do dormitoriów! - Krzyknął Dippet. Szłam obok Riddle'a i obok tego piegowatego chłopaka, zwą go Avery.
- Avery... wybacz mi za tamto, lecz nie lubię gdy ktoś mi wytyka a sam się nie zna, jest nawet możliwość że krew czarodziejki i elfki może być cenniejsza niż wasza. - Powiedziałam akcentując ostatnie trzy słowa. Kobieta która szła obok Abraxas'a tylko prychnęła. A ja spojrzałam na nią z pogardą, miała czarne włosy i zadziorny nos, miała twarz w kształcie gruszki i chyba ona chce być postrachem, lecz coś głupkowato wygląda w rozpuszczonych włosach, dlatego chyba przed chwilą spięła włosy w warkocz który zaczyna się od czubka głowy.
Dopiero teraz zauważyłam że Riddle jest prefektem.
,,Czysta Krew" Powiedział a wejście do dormitorium się otworzyło. Było to dosyć ciemne pomieszczenie, niezbyt przyjemne moim zdaniem, jednak zieleń i srebro, robiły mnie opanowaną i spokojną. Tom wytłumaczył pierwszoroczniakom gdzie są dormitoria. Od razu poszłam na górę po swoją książkę, pamięć mi wróciła całkowicie, lecz nie mogę spamiętać czemu byłam w Zakazanym Lesie. Odnalazłam drzwi z tabliczką ,,Rok Szósty" A za tymi drzwiami były trzy kolejne pary drzwi, z racji z tego że tylko sześć osób może być w dormitorium było trzy pary drzwi. Spojrzałam na kartki przylepione do drzwi, tam były napisane imiona dziewcząt, mi przypadło niestety być z Walburgą Black** Tą brzydką dziewczyną z twarzą o kształcie gruszki. Weszłam do dormitorium, zobaczyłam mój kufer, który stał obok łóżka które było przy wielkim oknie.
- Mam nadzieję że lubisz mieć łóżko przy oknie, my za bardzo nie przepadamy... - Powiedziała blondynka o kobaltowych oczach.
- Taak... dzięki. - Odpowiedziałam jej grzecznościowo, rozejrzałam się dokładniej po dormitorium, na łóżkach siedziały cztery dziewczyny, czyli tylko Walburgi nie było. Podeszłam do mojego kufra który był mahoniowy, miał on srebrną rączkę z moim imieniem i nazwiskiem, był przepiękny, a otwierał się tylko jak ja go dotknę i wypowiem hasło, które jest akurat po Starej Mowie*** Więc tylko ja będę w stanie go otworzyć, a jeśli ktoś wypowie hasło, i nie jest mną, wtedy porazi go delikatnie prąd, jednak siła porażenia będzie się nasilała jeśli ktoś będzie próbował nadal włamać się.
Dotknęłam delikatnie rączki kufra i wypowiedziałam ,,Gwynbleidd"**** A on wnet się otworzył, wyjęłam mą książkę, która cała była w Starszej Mowie, żaden czarodziej jej nie zna, no... chyba że ma coś z krwi elfów. Podobny w wymowie jest do Walijskiego... lecz w ogóle nikt jej nie zrozumie. Książka ta była stara, w niej jest zapisana baśń, baśń która opowiada o naszych pokoleniach, w dosyć ciekawy sposób. Wszystkie litery były złote, wyszywane nicią, jak na płótnie, a strony były czarne.
__________________
Cześć, dziękuje za przeczytanie rozdziału, zajęło mi to pełne trzy dni do napisania tego, nie wiem czy jest dobry, zresztą, sami oceńcie.
* rudowłose karły mieszkające w lasach Brazylii.
** Walburga Black była matką Syriusza, zrobiłam jej postać młodszą o rok na potrzebę opowiadania.
*** Starsza Mowa, wzięta z opowiadań o Wiedźminie autorstwa Andrzeja Sapkowskiego.
**** ,,Gwynbleidd" w Starszej Mowie oznacza ,,Biały Wilk"